Cześć, mam na imię Jagoda i chciałabym opowiedzieć Ci, jak możesz zmienić swoje życie na lepsze, na przykładzie własnej historii. Wpisy, które się tutaj pojawią, są tak naprawdę pamiętnikiem moich przemian. Zaczynałam w miejscu, w którym z atakami paniki budziłam się w środku nocy. Czułam, że wszystko, co robię, nie ma sensu. Byłam nieszczęśliwa i brakowało mi prawdziwego celu w życiu. Chciałam, a nawet musiałam coś zmienić. Dziś jestem osobą nie do poznania. Realizuję swoje cele, pomagam innym zmieniać swoje życie, a przede wszystkim jestem szczęśliwa. Cofnijmy się jednak parę lat wstecz, kiedy zdecydowałam się zmienić swoje życie. Mam nadzieję, że w tej historii znajdziesz też cząstkę siebie, a co najważniejsze, odkryjesz, że Ty również możesz zacząć żyć swoim wymarzonym życiem.
Mój pierwszy wpis sprzed paru lat:

Zacznę od tego, dlaczego w ogóle zdecydowałam się na podzielenie się swoją historią. Jak większość, pragnę w życiu bezpieczeństwa, zdrowia, kariery, przyjaźni i miłości, czyli, kolokwialnie mówiąc, szczęścia. Wyobraźcie sobie teraz, że jesteście znowu dziećmi i pytacie swoich rodziców, jak być szczęśliwym człowiekiem. Albo nawet nie pytacie, tylko Wasi rodzice przedstawiają Wam receptę na szczęśliwe życie. Na pewno część z Was słyszała, że po pierwsze powinniście się dobrze uczyć, mieć dobre oceny, a później zdobyć wyższe wykształcenie. Gdzieś po szkole średniej najlepiej znaleźć miłość swojego życia, następnie dobrze płatną pracę, oczywiście taką, która jest społecznie prestiżowa, kupić dom, a potem starać się o dzieci. I wtedy, kiedy będziecie mieć już to wszystko, będziecie szczęśliwi.
Taką receptę na szczęście słyszałam właśnie, gdy byłam mała. Wydaje mi się jednak, że większość dzieci nie jest aż tak posłuszna rodzicom, aby starać się odhaczyć wszystkie te punkty w swoim życiorysie. Gdzieś na jakimś etapie życia zaczynają się lekko buntować. Oceny przestają być aż tak ważne, a przyjemności dnia codziennego oddalają trochę realizację tego idealnego planu na życie. Ale ja byłam bardzo posłuszna i konsekwentnie realizowałam plan na szczęście. Przede wszystkim oceny w szkole były wyznacznikiem tego, czy robię coś dobrze, czy źle. Nie wystarczyło jednak być dobrą, trzeba było być najlepszą, i to w każdym przedmiocie. Dodatkowo trzeba było brać udział we wszystkich możliwych konkursach i oczywiście je wygrywać. Tyle że w praktyce wygląda to tak, że jeżeli jest się dobrym we wszystkim, to nie jest się najlepszym w niczym. No i pamiętam, że ze mną było bardzo podobnie. Gdzieś na etapie liceum, kiedy większość moich rówieśników korzystała z życia, próbowała nowych rzeczy, a poza nauką mieli swoje zainteresowania i pasje, moim głównym zadaniem było uczenie się.
Oczywiście, żeby była jasność, w pewnym momencie życia to ja sama zaczęłam narzucać na siebie presję bycia tą najlepszą. Dlatego pewnego dnia nastąpiła wielka katastrofa, kiedy okazało się, że mimo bardzo dobrych ocen w szkole, maturka nie napisała się na tyle dobrze, aby dostać się na studia medyczne. W domu rodzinnym nastąpiła więc tragedia, bo przecież wszyscy pokładali we mnie takie nadzieje. Trzeba więc było wymyślić plan awaryjny i znaleźć jakiś inny bardzo dobry kierunek. A jeśli zastanawiacie się, dlaczego nie można było zrobić sobie po prostu roku przerwy i przez ten rok przygotować się porządnie do rozszerzeń, aby napisać maturę jeszcze raz, to odpowiedź była taka, że każdy, kto zrobił sobie rok przerwy, był po nim później zbyt leniwy, żeby znowu myśleć o studiach i został bez wyższego wykształcenia. Przynajmniej u mnie było to powtarzane jak mantra. Takiej opcji w ogóle nie było i trzeba było szukać nowego kierunku. A jak nie medycyna, to jaki jest inny prestiżowy kierunek? Oczywiście prawo. Honor rodziny został uratowany, bo dostałam się na te studia i nawet je skończyłam.

Problem polegał na tym, że już na około trzecim roku studiów niczego bardziej nie nienawidziłam robić niż uczyć się prawa. Dodam jeszcze, że studiowałam zaocznie, a w tygodniu pracowałam w kancelarii. Prawo dotykało mnie każdego dnia, a ja nienawidziłam każdego z nich. I pamiętam, że wtedy pierwszy raz zorientowałam się, że nie do końca odpowiada mi ta wspaniała recepta na szczęście w życiu. Ale wiecie, jak to jest, na trzecim roku zostały już tylko dwa lata do końca. Na pewno nie opłaca się tego rzucać. Najlepiej wytrwać i mieć papierek, tak na wszelki wypadek. Przynajmniej tak wtedy myślałam.
Wytrwałam do końca, ale szczerze mówiąc, nic w życiu nie wykończyło mnie tak mocno, jak pięć lat studiów prawniczych. I kiedy je skończyłam, byłam pewna, że nigdy w życiu nie będę się tym zajmować, czym, delikatnie mówiąc, złamałam serca swojej rodzinie. Mam też młodsze rodzeństwo i kuzynostwo. Zawsze byłam stawiana na piedestale i określana jako ten idealny wzór do naśladowania. Kiedy ogłosiłam swoim bliskim, że nie będę się zajmować prawem, nie idę dalej na aplikację, a co gorsza, nie będę robić doktoratu, który został mi zaproponowany, reakcja w mojej rodzinie była taka, jakbym co najmniej powiedziała, że od jutra zabieram się za handel prochami. Kolokwialnie mówiąc, zmarnuję swoje życie. A wcześniejsze miano wzoru do naśladowania zostało zamienione na zastanów się porządnie, co chcesz w życiu robić, żeby nie skończyć jak Jagoda.
Ale wtedy byłam pewna swojej decyzji, że chcę robić coś innego, chcę zajmować się czymś innym i nie uległam żadnym naciskom. Gdzieś w połowie studiów trafiłam na profil pewnej dziewczyny na Instagramie, która zajmowała się dekorowaniem wnętrz. Niesamowicie mi się to spodobało i stwierdziłam, że ja też chcę się właśnie tym zajmować. Poszłam nawet na studia podyplomowe w tym kierunku, ale to już opowieść na inny odcinek. To był mój pierwszy krok w stronę przełamania schematu szczęśliwego życia.

Ale wiecie, jedna taka buntownicza decyzja nie zmienia zazwyczaj od razu wszystkich twoich przekonań i nawyków postępowania. Ja cały czas miałam gdzieś tam z tyłu głowy, jak należy postępować. Że trzeba bardzo ciężko pracować, nie wolno pozwalać sobie na jakiekolwiek przyjemności z życia, bo to szczęście jest zarezerwowane dopiero dla przyszłej mnie. I od tego czasu, kiedy pierwszy raz tak lekko się zbuntowałam, minęło kilka lat.
Ja na przykład nigdy nie czytałam żadnych książek rozwojowych ani powieści, tylko i wyłącznie lekturę branżową. Nie mam zbyt wielu pasji, które sprawiają mi przyjemność, bo szkoda mi było czasu na robienie czegoś, co albo nie przynosi korzyści finansowych, albo nie rozwija mnie w sposób branżowy. Zawsze było mi szkoda czasu na sport, na przygotowywanie dobrego i zdrowego posiłku, bo przecież można było w tym czasie zrobić projekt, reklamę, odpisać na maila do klientów, po prostu zrobić coś bardziej pożytecznego.
Dlatego bardzo chciałabym właśnie to w swoim życiu zmienić. Chciałabym opowiadać o tym, jak zaczynam zmieniać swoje życie, co krok po kroku wprowadzam, aby stało się bardziej wartościowe, aby cieszyć się codziennością i budować dobre, zdrowe nawyki. Ten blog będzie więc praktycznym poradnikiem zmian.
Autor: Jagoda Torbus- Zając
#nawyki #zmiany #ekspertkaodnawykow #szczęście
